Rozpoznanie i rajd na obiekt – zajęcia 5 drużyny 1.04.2017

To była udana sobota piątej drużyny. Mimo wody sięgającej do kolan…

Zaczęło się jak zwykle, od zbiórki i przekazania rozkazu. Scenariusz działań interesujący, zadanie typowe dla niewielkiego oddziału lekkiej piechoty. Rozpoznanie obiektu, likwidacja zagrożeń (NPLA), przeszukanie i wycofanie się do punktu podjęcia. Dowódca z przekąsem zażartował, że skoro my zostaliśmy wyznaczeni do tego zadania, to najprawdopodobniej obiekt jest pusty – ech, ta wiara w nasze możliwości 😉

Zaczynamy od pracy na mapie, dzielimy się na trzy zespoły: dwa wyznaczają trasy dojścia (główną i zapasową) w rejon obiektu, trzeci drogę odwrotu. Azymut wyznaczony, ruszamy podzieleni na dwie sekcje. Zgodnie z wytycznymi, omijamy drogi. Piękna pogoda, słońce grzeje, bagna parują, niewielka rzeczka rozlana po okolicy – dokładnie na trasie przemarszu – sprawia, że można poczuć się jak na planie filmu o wojnie w Wietnamie. Wydawało się, że na wykonanie zadania czasu jest aż nadto, a okazuje się, że krótki odcinek pokonywaliśmy ponad dwie godziny. Dobrze, że dowódca przyjął odpowiedni zapas.

Rozpoznanie rejonu działania, przemarsz, rozpoznanie obiektu. Budujemy makietę, opracowujemy plan ataku, sekcja wsparcia zajmuje pozycje, praca na radiu, grupa szturmowa pod osłoną grupy wsparcia (środki pozoracji ognia w robocie) sprawnie czyści obiekt. Wycofujemy się do punktu zbiórki bez strat własnych. Od momentu wydania rozkazu natarcia do spotkania „po robocie” mija niecałe 7 minut.

Zaczynamy przemarsz do punktu podjęcia i w tym momencie… kontakt tył. Działa pamięć mięśniowa, reakcje są automatyczne, pada rozkaz rolowania i wycofujemy się. I wszystko byłoby ok, gdyby nie fakt, że mimo osłony dymnej kolega dostaje paskudny postrzał podudzia i chociaż może się jeszcze ostrzeliwać, to potrzebuje natychmiastowej pomocy. Nie ma mowy, by opatrzyć go pod ogniem, ściągamy go za osłonę terenową i tam „na szybko” instalujemy na noszach (nasza drużyna weszła w posiadanie noszy taktycznych Janysport, polecam). Dwie osoby ciągną rannego, cała trójka stara się prowadzić ogień, snajper korzysta z broni bocznej. Ale nadal panuje porządek, nie ma paniki, chociaż było gorąco. Kontakt szczęśliwie zerwany, przy niewielkim zrujnowanym budynku opatrujemy rannego (stazę ma schowaną w plecaku – to błąd, bo ratujący nie powinien używać swojej, tracimy przez to czas), czterech do noszy, jeden ubezpiecza odwrót, reszta na czoło i ruszamy dalej…

W podmokłym terenie spędziliśmy osiem godzin. Jak zwykle – warto było.”