Kompania lekkiej piechoty w natarciu

Mimo wielu trudności związanych z pozyskaniem miejsca udało się w tym roku (A.D. 2011) przeprowadzić dzięki pomocy i życzliwości Nadleśnictwa Mińsk Mazowiecki następną edycję ćwiczenia zgrywającego dla członków organizacji proobronnych i grup paramilitarnych "Kompania w natarciu" (rok temu ćwiczenie realizowano jako "Kompania w obronie"1). Organizatorem ćwiczenia było stowarzyszenie ObronaNarodowa.pl - Ruch na Rzecz Obrony Terytorialnej przy współpracy z Ośrodkiem Szkoleń Specjalnych w Siedlcach oraz Jednostek Strzeleckich Związku Strzeleckiego "Strzelec" Organizacji Społeczno - Wychowawczej nr 1010 oraz 1009.

1.jpg

W dniu 22.10.2011 r. punktualnie o godz. 08.45 przed szkołą w Mrozach k/Mińska Mazowieckiego na apelu rozpoczynającym ćwiczenie taktyczne "Kompania w natarciu" Szef Kompanii zameldował Kierownikowi Ćwiczenia: "Do ćwiczenia przystąpiło 130 uczestników, w tym 90 będzie ćwiczyło w ramach kompanii realizującej ćwiczenie główne, 34 będzie ćwiczyło w ramach pododdziałów OPFOR, 6 osób stanowił kadrę ćwiczenia". Uczestnicy reprezentujący ogólnopolskie organizacje i grupy proobronne (m.in.: FIA, Związek Strzelecki Oddział Radom, Formacja Śląsk, LOK "Jastrząb" Kraków, COS Wrocław, ZS Strzelec OSW - JS 1009 Mińsk Maz, JS 1010 Siedlce, Plutonu Żandarmerii Polowej z Warszawy, JS 2023 Wodzisław Śl., JS 4008 Łódź, JS 4016 Olsztyn, JS 4028 Ostrołęka, JS 4025 Warszawa, JS 1022 Ciechanów, Grupa Specjalna GSR z Olsztyna) zaraz po apelu, do którego stawili się w gotowości do wyjścia na ćwiczenie zgrywające, przemieścili się w wyznaczony rejon improwizowanego pasa taktycznego, gdzie poprzez repetytorium z zakresu Kursu Piechoty rozpoczęli zgrywanie na szczeblu drużyna - pluton.

2.jpg

Po opanowaniu podstawowych elementów nastąpiła reorganizacja i rozpoczęto zgrywanie kompanii w warunkach rzeczywistych, realizowano także zagadnienia związane z zasadami prowadzenia pościgu. W tym samym czasie pluton mający w czasie ćwiczenia aplikacyjnego odgrywać wojska przeciwnika (OPFOR) przygotowywał punkt oporu i przeszedł szkolenie z zakresu prowadzenia działań obronnych, do zadań w roli OPFOR-u przygotowywała się także jedna z Grup Specjalnych GSR. W godzinach wieczornych dla całości w auli szkoły w Mrozach odbył się wykład z zakresu orientowania topograficznego i systemu meldunkowego UTM. Ponadto dla osób funkcyjnych przeprowadzono zajęcia z zasad pracy w sieci radiowej oraz zasad składania meldunków o wykrytych celach dla pododdziału wsparcia. Podsumowaniem wszystkich przedsięwzięć zarówno praktycznych (zgrywanie) jak i teoretycznych było ćwiczenie aplikacyjne.

Na godz. 22:00 D-ca Kompanii ogłosił odprawę dla D-ców plutonów, gdzie miał zostać postawiony rozkaz bojowy związany z realizacją ćwiczenia aplikacyjnego. 3 dni przed ćwiczeniem cała kadra została zapoznana z taktyczną sytuacją wyjściową na dzień ćwiczenia oraz rozkazem dowódcy batalionu2. Z założeń taktycznych oraz rozkazu D-cy 36 batalionu, w ramach którego działała ćwicząca kompania wynikało, iż "Do dnia 21 Października 6 Armia "CZERWONYCH" szybko rozbiła obronę "NIEBIESKICH" prowadzoną w oparciu o m. BIAŁA PODLASKA – MIĘDZYRZECZ PODLASKI – SIEDLCE. 25 Brygada Zmechanizowana "CZERWONYCH" będąca awangardą 6 Armii realizując zadanie opanowania m. MIŃSK MAZOWIECKI nie zdołała zając mostu na rz. KOSTRZYŃ pod m. BOJMIE, gdzie na linii rzeki skuteczny opór stawiła 1 Dywizja OT "NIEBIESKICH". Nacierającej wzdłuż linii kolejowej równolegle położonej do drogi SIEDLCE - MIŃSK MAZOWIECKI 138 Brygadzie Zmotoryzowanej 6 Armii "CZERWONYCH" także nie udało się zając mostów drogowego i kolejowego na rz. KOSTRZYŃ pod m. OLEKSIN - KOSZEWNICA, [...]. Kompania rozpoznawcza "CZERWONYCH” z 138 Brygady otrzymała zadania rozpoznania dróg obejścia rejonu obrony 1 Dywizji OT "NIEBIESKICH" i znalezienia przeprawy na rz. KOSTRZYŃ na południe od m. KOSZEWNICA. Pododdziały kompanii rozpoznawczej dochodząc do m. TOPÓR - BORKI weszły w kontakt z pododdziałami 9 BOT z 1 DOT "NIEBIESKICH", otrzymując zadanie utrzymania opanowanego terenu do czasu przybycia sił głównych 138 Brygady Zmotoryzowanej. [...] Pododdziały 1 Dywizji OT "NIEBIESKICH" po przeprowadzeniu zaciętej obrony w m. SIEDLCE wycofały się i zorganizowały obronę w oparciu o linię rz. KOSTRZYŃ skutecznie zatrzymując nacierającego przeciwnika. Dowódca 1 DOT wykorzystując panowanie w powietrzu i wsparcie lotnicze państw Sojuszniczych "NIEBIESKICH" postanowił siłami odwodu tj. 9 BOT przeprowadzić kontratak na skrzydło pododdziałów "CZERWONYCH". Wychodzące do natarcia pododdziały 9 BOT weszły w kontakt z pododdziałami rozpoznawczymi "CZERWONYCH", które przeszły do obrony zajętych pozycji. Dowódca 9 BOT szybkim natarciem połączonym z pościgiem postanowił zniszczyć siły przeciwnika. [...]"

3.jpg

Zadaniem 36 bOT (w ramach którego jako 1 kompania będzie działał pododdział ćwiczący) jest wyprowadzenie natarcia na obiekt "TRAPEZ" z wyznaczonego rejonu w celu rozbicia broniących terenu pododdziałów rozpoznawczych przeciwnika i stworzenia warunków do wyprowadzenia zasadniczego uderzenia w skrzydło 138 Brygady Zmotoryzowanej.

Dowódca kompani krótko przypominał uczestnikom odprawy założenia taktyczne oraz fakt, iż jako pododdział ćwiczący będą działać jako 1 kompania 36 batalionu OT 9 Brygady, a następnie przeszedł do etapu stawiania rozkazu bojowego. Działania kompanii zostały podzielone na trzy fazy:
- "RUBIEŻ" - zajęcie podstawy do natarcia oraz rozpoznanie przedniego skraju obrony przeciwnika,
- "LAWINA" – przeprowadzenie natarcia i zdobycie terenu stanowiącego przedni skraj obrony przeciwnika wg. nomenklatury dowódcy bataliony obiekt "KULA",
- "DZIDA" – reorganizacja sił i przejście do pościgu, celem całkowitego rozbicia pozostałych sił przeciwnika.

Każda z faz została oparta o linię wyrównania, dzięki czemu pomiędzy poszczególnymi plutonami miały nie powstawać luki, jak później się okazało, najtrudniejszym zadaniem było utrzymanie ciągłości ugrupowania kompanii.

Dowódca kompanii przedstawił wyniki popołudniowego rekonesansu. Wynika z niego, że najważniejszą przeszkodą w drodze do wykonania drugiej fazy działania będzie przeszkoda wodna znajdująca się w połowie otwartej przestrzeni pomiędzy podstawą do natarcia kompanii, a obiektem "KULA" stanowiącym pierwszy obiekt natarcia. Z zebranych danych, wynikało jednak, że przeszkoda wodna jest na tyle niewielka, że powinno dać się ją przekroczyć suchą nogą, jakże mylne miało okazać się nazajutrz to założenie... Po przydzieleniu zadań poszczególnym plutonom oraz ustaleniu kryptonimów poszczególnych pododdziałów - "RODZINA", jak od tej pory nazywała się kompania treningowa - rozpoczęła proces planowania i realizacji zarządzeń przygotowawczych do sprawdzianu jaki czekał wszystkich uczestników Kursu w dniu następnym.

4.jpg

O godz. 04.30 alarm bojowy kompanii, poszczególne plutony sprawnie organizują się i meldują o gotowości do działania. Do każdego plutonu zostaje przydzielony rozjemca, który zaczyna obserwację i ocenę działania ćwiczącego pododdziału. Rozpoczyna się przerzut plutonów autobusem w miejsce ćwiczenia. W pierwszym rzucie wraz z dowódcą kompanii jedzie 2 pluton zajmujący pozycję na prawym skrzydle ugrupowania kompanii. Zaczynają się pierwsze problemy, z przyczyn technicznych jeden z autobusów nie dociera po 1 pluton, w efekcie dociera on w rejon wyjściowy dopiero o 7.45. Godzinne opóźnienie, dowódca kompanii wściekły, choć dowódca 1 plutonu bardzo szybko nadrabia opóźnienie na które nie miał wpływu. Do godz. 08.00 plutony meldują dowódcy kompanii wykonanie fazy "RUBIEŻ", czyli zajęcie pozycji wyjściowych. Następnie dowódcy plutonów wydają zarządzenie przygotowawcze i stawiają zadania drużynom w zakresie rozpoznania przedpola, wykrycia i zniszczenia ubezpieczeń przeciwnika, rozpoznania przedniej linii obrony przeciwnika oraz rozpoznania zapór inżynieryjnych punktu obrony. Z powodu opóźnienia pododdziały prowadząc rozpoznanie muszą działać szybko. Spływają pierwsze meldunki - zapór inżynieryjnych nie wykryto, a ciek wodny biegnący wzdłuż pola "krata" ma około 2 - 2,5 metra szerokości, normalnie można byłoby przeskoczyć, ale z bronią i w oporządzeniu może być problem. Na szczęście nie jest głęboki – miejscami do 1 metra, tak czy inaczej będzie trzeba się zamoczyć... Pospieszne działanie patroli szybko zemściło się na poszczególnych plutonach. W pasie działania 3 pododdziału odzywają się ubezpieczenia przeciwnika, są pierwsi ranni – dwóch strzelców z 2 drużyny trzeba szybko ewakuować do kompanijnego punktu opatrunkowego. Dowódca kompani zbiera meldunki o wykrytych celach i przekazuje współrzędne do kompani wsparcia. Zaczyna się kilkuminutowe Ogniowe Przygotowanie Natarcia. 09.00 – godzina "H" – dowódca kompanii wydaję komendę "LAWINA", plutony ruszają do natarcia...

5.jpg

Pierwsze około 150 metrów przedpola pokonaliśmy biegiem, zalegając w trawie białej od pokrywającego ją szronu, dopiero w reakcji na otwarcie ognia przez przeciwnika i automatycznie przechodząc do skoków. W ten sposób osiągnęliśmy rzeczkę, którą sforsowaliśmy pod ostrzałem. Niektórzy zwyczajnie przeszli zanurzając się w lodowatej wodzie po pas, inni próbowali szczęścia w skokach w dal, jednak nielicznym udało się przeskoczyć rzeczkę mocząc tylko buty lub w ogóle. Ci którzy mieli najmniej szczęścia, a do tego matka natura nie obdarzyła ich wzrostem, potrafili skąpać się po piersi. Należałem do tych „szczęśliwców", którzy objuczeni sprzętem pokusili się o skok, jednak w połowie tegoż jakże długiego lotu grawitacja ziemska tak jakby przybrała na sile i zmusiła mnie do lądowania, a konkretnie do wodowania, po pas. Zimno, to było pierwsze co do mnie dotarło zaraz po wyskoczeniu z rzeczki, wszak temperatura prawdopodobnie oscylowała zaledwie kilka stopni powyżej 0. Na szczęście w minutę później już się rozgrzałem - relacjonuje dowódca trzeciego plutonu, na kierunku którego skupił się cały wysiłek nacierającej kompanii.

6.jpg

W tym czasie pierwszy pluton znajdujący się na lewym skrzydle ugrupowania kompanii bezboleśnie przeprawił się przez rzeczkę korzystając z grobli, natomiast pluton drugi spowodował ogromne opóźnienie w natarciu z powodu decyzji dowódcy o próbie sforsowania rowu z wodą z wykorzystaniem improwizowanych kładek przeprawowych.

Po przekroczeniu przeszkody wodnej plutony ruszyły dalej, jednakże z powodu znacznego oporu na kierunku natarcia pierwszego oraz opóźnienia w przeprawie drugiego plutonu trzeci pluton wysforował się niebezpiecznie do przodu: Kiedy sforsowałem rzeczkę pierwsza i druga drużyna także były już po drugiej stronie, niestety trzecia drużyna została nieco z tyłu i dopiero dobiegała do rzeczki, co na chwilę przytrzymało cały pluton w miejscu. Choć nie widziałem sąsiednich plutonów na skrzydłach, domyśliłem się, że zostały one z tyłu. Wyrywać się do przodu źle, ale pozostać na otwartej przestrzeni i czekać na pozostałe plutony to samobójstwo, szczególnie kiedy znajdowaliśmy się praktycznie pod nieustannym ostrzałem karabinów maszynowych i docierały do mnie meldunki o kolejnych rannych. Szybko więc wznowiłem natarcie docierając skokami na odległość szturmową do skraju lasu. Szturmem zajęliśmy skraj lasu, początkowo las wydawał się na opustoszały, pod wpływem adrenaliny czuliśmy, że przeciwnik jest tam gdzieś przed nami, wydawało nam się, że nawet bardzo blisko. W rzeczywistości, o czym dowiedzieliśmy się o wiele później, przeciwnik w porę zdołał odskoczyć do drugiej linii obrony. Sytuacja nadal zdawała się niebezpieczna, wszak w każdym momencie przeciwnik mógł zdecydować się na kontratak i wyparcie nas z lasu znów na otwartą przestrzeń, a wtedy z naszym plutonem mogłoby być krucho. Niemniej jednak posuwanie się w pojedynkę w głąb lasu groziło odcięciem od własnych sił i okrążeniem nas przez przeciwnika. Postanowiłem trwać na swojej pozycji do skutku, czyli do momentu przybycia pozostałych plutonów. Po złożeniu meldunku o swoim położeniu do dowódcy kompanii sytuacja na polu walki tak jakby trochę zwolniła pozwalając na pierwsze "lizanie ran" - mówi st. sierż. ZS Łukasz Naczyński dowodzący trzecim plutonem.

W wyniku poniesionych strat oraz koniecznością zapewnienia ewakuacji rannych z 32 atakujących strzelców trzeciego plutonu do lasu dotarło 24. W pogoni za przeciwnikiem 3 drużyna "trójki", samowolnie ruszyła w głąb lasu, posuwając się około 100 metrów do przodu i wiążąc się w walkę z przeciwnikiem. Po tej samowoli jednego z dowódców drużyn, stan "trójki" stopniał do 15 żołnierzy. W tym czasie walki na skrzydłach ugrupowania przybierały na sile. Pierwszy pluton zmagał się ze stanowiskami karabinów maszynowych oraz przeszkodą wodną, która okazała się trudna do pokonania pod ogniem przeciwnika. Jak się później okazało wtargnięcie "trójki" do lasu pokrzyżowało plany obrońców, którzy zgromadzili największą ilość środków ogniowych właśnie na kierunku natarcia "jedynki". Obrońcy obawiając się oskrzydlenia wycofali się na pozycje zapasowe, dając tym samym możliwość osiągnięcia przez "jedynkę" pierwszej linii wyrównania. "Dwójka" prowadziła intensywną walkę w rejonie dozoru "Stodoła" w swoim pasie natarcia. Dzięki powodzeniu bez większych strat osiągnęła linię "Zielona". Oczywiście nie obeszło się bez przygód, nawiązujące ze sobą łączność plutony o mało co nie padły ofiarą "friedly fire" - zadziałała adrenalina i inne okoliczności, okazało się, że niektórzy w ferworze walki nie potrafią policzyć do 13 - stwierdził Kierownik Kursu.

W chwili, gdy plutony zaczęły przeprowadzać reorganizację, przeciwnik rozpoczął nękający ogień moździerzowy, który spowodował straty w plutonach 1 i 3. Stany osobowe i tak osłabione działaniem na otwartym terenie zaczęły topnieć. W tym momencie przez radio padł rozkaz dowódcy kompanii "Dzida" i pododdziały ruszyły w pościg na przeciwnikiem...

7.jpg

W trakcie pościgu na lewym skrzydle kompanii wywiązała się walka: Teść dla Syna, Teść dla Syna, mamy przeciwnika na skarpie, jesteśmy pod ogniem, proszę o wsparcie Kosiarzy (artylerii przyp. autora)... Odmawiam, nie mamy już wsparcia Kosiarzy – słychać było w eterze. W efekcie walki na lewym skrzydle, prawe pozostało w tyle. Trwało to na tyle długo, że przeciwnik rozpoczął nękający ogień moździerzowy zabierając dwóch naszych. "Dwójka" i "Trójka" ruszyły do przodu. Jak się okazało bardzo szczęśliwie, ponieważ po chwili "Trójka" nawiązała kontakt ogniowy z przeciwnikiem i rozpoczęła jego eliminowanie. Córka wyjdź na skrzydło Ciotki, powtarzam wyjdź na skrzydło Ciotki... - wykrzykiwał wpatrzony w mapę dowódca kompanii...

"Przerwij ćwiczenie!" – Padła komenda z ust Kierownika Kursu. Plutony przemieściły się z powrotem na linię "Zieloną" i rozpoczęło się meldowanie strat. Po podsumowaniu okazało się, że natarcie zostało przeprowadzone z sukcesem, ale miejscami niestety zwycięstwo okazało się "pyrrusowe". Trzeci pluton – 50% strat, nacierał jako najbardziej wysunięty pododdział. Pluton drugi około 20% strat, jak się potem okazało był najdalej od głównej osi obrony przeciwnika. Pluton pierwszy 30% strat z powodu licznych stanowisk ogniowych jakie musiał zlikwidować. Po zakończonym ćwiczeniu i powrocie w rejon zakwaterowania nastąpiło podsumowanie. Kierownik Kursu podkreślił, iż założenia do ćwiczenia były specjalnie skonstruowane aby urealnić działania lekkiej piechoty, która w rzeczywistości bardzo rzadko będzie działała w takim środowisku walki. Uczestnicy mogli na własnej skórze przekonać się jak łatwo w ferworze walki pomylić strzelca / żołnierza z sąsiedniego plutonu i jak trudno utrzymać określony szyk. Przekonali się, że niewielkie utrudnienia terenowe – jak mały ciek wodny mogą skomplikować wykonanie zadania. Ćwiczenie uświadomiło uczestnikom jak trudne jest realizowanie najprostszych wydawałoby się czynności, jak ważne jest zgranie od najmniejszego szczebla "w górę". Po rozwiązaniu Kursu kadra ćwiczenia podziękowała poprzez uścisk dłoni każdemu uczestnikowi szkolenia. Organizatorzy – ObronaNarodowa.pl, Ośrodk Szkoleń Specjalnych w Siedlcach oraz JS 1009 i JS 1010 dziękują jeszcze raz Nadleśnictwu Mińsk Mazowiecki bez pomocy i uprzejmości którego, realizacja ćwiczenia byłaby nie możliwa.

Zapraszamy dalej do zapoznania się z relacją widzianą oczami obrońców.

Stanisław Drosio
Łukasz Naczyński



"Kompania w natarciu" oczami OPFOR-u

Kończąc w ubiegłym roku ćwiczenie "Kompania w Obronie" zastanawialiśmy się nad tematem kolejnego. Logicznym ciągiem wydawało się natarcie lub działania opóźniające, które ostatecznie odrzuciliśmy jako wymagające większego zgrania pododdziałów. Prawdziwym wyzwaniem okazało się znalezienie terenu. Po pobieżnym przyjrzeniu się tematyce okazało się, że potrzebujemy terenu o szerokości minimum 1 km i 3 km głębokości. Każdy pytany o teren, a zorientowany w tematyce gruntów natychmiast zadawał pytanie: "czy Ty wiesz ile to jest hektarów"? Po wielu perypetiach uratowało nas Nadleśnictwo Mińsk Mazowiecki i udzieliło niezbędnej zgody. Teren idealny bo spełniający wymogi dydaktyki, początkowo ułatwiający manewrowanie kompanią czyli odkryty, a w głębi lesisty i jak na warunki Mazowsza z urozmaiconą rzeźbą. No i wymiary cieszące oko bo 1,5 kilometra na 3,5 kilometra. Niejako siłą rozpędu znowu dowodzę siłami przeciwnika. Oczywiście nie zamierzam zrobić jedynie podgrywki ćwiczącej kompanii lecz wykorzystać okazję do szkolenia. Świadomość, że "przegramy" nie przeszkadza także strzelcom, którzy zgłaszają się do sił OPFORu. Każdy chce się uczyć. W efekcie w pole wychodzi 34 osobowy pluton, fantazyjnie, dla łatwiejszego odróżnienia, umundurowany i uzbrojony w km PK, 6 kbkm oraz moździerz 60mm. Moim najsilniejszym atutem jest kombinowana GS GSR złożona z ekip z Olsztyna i Łodzi. Jako obrońcy zapoznajemy się wcześniej z terenem i stawiamy pola minowe.
8.jpg

W dniu ćwiczenia, przed świtem, chcąc uniknąć mało realistycznego oczekiwania w pełnej gotowości całością sił, drużyny KAROL i PUZON umieszczam w rejonie punktu wysokościowego 153,2 za żwirownią i polem minowym gdzie odtwarzają gotowość bojową. Drużyna BETTY na moim prawym skrzydle w rejonie m. Jeziorek z dyżurnym środkiem ogniowym w kępie drzew, osłonięta polem minowym na podejściach do kępy, 2 kbkm przygotowane do ognia skrzydłowego wzdłuż pola Kraty, 1 kbkm w rejonie drogi rokadowej z d-cą dr. Dwuosobowy patrol OKO w centrum ugrupowania z zadaniem meldowania o próbach przenikania patroli przeciwnika. GS podzielona na dwa zespoły zabezpieczająca lewe skrzydło: UCHO z km PK na lewym skrzydle za ruinami stodoły przygotowane do prowadzenia ognia skrzydłowego wzdłuż pola Kraty, zapasowe stanowiska do ognia na wprost. NOS (2 strzelców wyborowych w tym jeden wyciszony + M249) na wysokości stodoły w rejonie głównego rowu melioracyjnego, maksymalnie zamaskowany. Sekcja ogniowa CIOTKA czyli moździerz 60mm pod dowództwem sierżanta plutonu w żwirowni za punktem oporu BETTY.

9.jpg

Totalna ciemność powoli zostaje zastąpiona przez mroźny świt. OKO i NOS meldują patrole rozpoznawcze na przedpolu. Ewidentnie mają problem z rowem melioracyjnym biegnącym w poprzek kierunku natarcia, okazuje się, że bobry uprawiają własną gospodarkę wodną i nieco utrudniły działanie, zmieniając niegroźny rów w szeroką, dziką rzeczkę. NOS melduje groźbę nadepnięcia... Dyżurny środek ogniowy BETTY nie widzi tego patrolu, UCHO dostaje rozkaz ostrzelania patroli przeciwnika. Zadajemy pierwsze straty. Punktualnie o godzinie 9.00 następuje ogniowe przygotowanie ataku po którym BETTY przesuwa kbkm na docelowe pozycje, a następnie wraz z UCHEM prowadzą ogień skrzydłowy wzdłuż Krat. NOS (snajperzy) zbiera krwawe żniwo. Moździerz wystrzeliwuje kilka granatów w centrum ugrupowania (3pl), następnie na prawe skrzydło (1pl), NOS koordynuje ostrzał. OKO melduje przejście linii lasu przez 3pl znajdujący się w centrum ugrupowania. GS GSR melduje, że prowadzi działania opóźniające. Skutecznie. BETTY po wycofaniu się dyżurnego środka ogniowego melduje, że nie widzi przeciwnika, który znalazł się w jej martwym polu widzenia za kępą drzew. Wzywam ostrzał moździerza w kępę drzew. OKO melduje pluton wchodzący do lasu za 3pl, uznaję że d-ca kompanii chor. Stanisław Drosio wykorzystuje powodzenie 2pl i wchodzi w moją linię w tym miejscu, cofam BETTY na skrzyżowanie 145,1, KAROLA na pasmo "wzgórz" biegnące w poprzek drogi Borki - Grodzisk w rejon 147,6 gdzie znajduje się druga linia obrony "Ural". Przemieszczam CIOTKĘ z moździerzem na wzgórze za polem minowym i o mały włos nie zostaję wzięty do niewoli gdyż w tej chwili jestem jedynym obrońcą ;-) zapominałem o przemieszczaniu! Cały czas zastanawiam się, z której strony kompania będzie omijała pole minowe znajdujące się niemal w osi natarcia. GS melduje, że przemieszcza się na nasze Alamo o nazwie "Kuryle" w najwęższej części lasu (oddział 186), OKO zgłasza zgrupowanie w rejonie punktu wysokościowego 145,9 znacznych sił, wzywam ogień moździerza, który już zajął nowe stanowisko. Słychać wymianę ognia w rejonie drogi rokadowej, ja nie mam tam nikogo. Ku mojemu zdziwieniu kompania nie przechodzi do pościgu. OKO (szeptem, jest tuż za linią) melduje zatrzymanie się natarcia na drodze rokadowej. Wzywam ogień moździerza ponownie w rejon 145,9 a następnie 146,3 ostrzelane plutony odskakują, a po chwili wracają na linię drogi. Następnie OKO melduje ruch w stronę m. Jeziorek więc przemieszczam PUZONA i BETTY na drogę pożarową Jeziorek - Borki (biegnącą na skos lasu) i nakazuję przeprowadzić kontratak na skrzydło 1 plutonu nacierającej kompanii. Przemieszczam KAROLA w rejon bagna w oddziale 202 w celu ustalenia pozycji 2 plutonu. BETTY melduje kontakt, wzywa ogień moździerzowy na żwirownię, wspólnie z PUZONEM tworzą linię na kilkumetrowej skarpie, okazuje się, że pierwsze strzały na skutek nieporozumienia wymienił 1pl między sobą... BETTY melduje zniszczenie min. 1 drużyny. PUZON melduje siły przeciwnika dążące do oskrzydlenia, GS prosi o zgodę na zorganizowanie na oskrzydlający pododdział szybkiej zasadzki. Zezwalam.

W tym momencie Grzegorz Matyasik przypomina mi, że czas zakończyć ćwiczenie.

Marek Mroszczyk

10.jpg



"Czujka OKO"

"Oko" miało zadanie rozpoznawania ruchów pododdziałów przeciwnika ("Niebieskich"). W skład tej specyficznej czujki wchodziło dwóch strzelców wyborowych. Mieliśmy bardzo odpowiedzialne zadanie. Informowaliśmy dowódcę plutonu na bieżąco o ruchach wojsk przeciwnika. Dostaliśmy rozkaz unikania kontaktu, ponieważ dosłownie byliśmy "oczami" dowódcy plutonu. Zajęliśmy pozycję w centrum ugrupowania na skraju lasu od strony spodziewanego natarcia. Przepuściliśmy jeden z plutonów "Niebieskich" wchodzący do lasu, po czym znaleźliśmy się mniej więcej na jego tyłach. Pododdział przeciwnika zaległ i czekał na coś. Jak się okazało później przeciwnik nie potrafił przeprowadzić natarcia swoimi pododdziałami w sposób skoordynowany w czasie, więc zdarzały się różne postoje i przegrupowywania, czego nie mogłem początkowo pojąć. W związku z tym całe uderzenie przeciwnika wytraciło impet, a nasza obrona dawała popalić tym, którzy już przypuścili atak. O wszystkim meldowałem przez radio (z trudem udawało mi się wstrzelić na chwilę ciszy na kanale).

Po rozpoczęciu przegrupowywania się przeciwnika uświadomiliśmy sobie, że nie jesteśmy już na jego tyłach, lecz w jego centrum. Niejednokrotnie prawie zostaliśmy brutalnie rozdeptani, ale szczęście dopisywało, a żołnierskie szczęście nas nie opuszczało. Stworzyła się w ten sposób dogodna sytuacja do pokrzyżowania planów przeciwnikowi i wprowadzenia sporego zamieszania. Od razu przyszła mi myśl do głowy, by rozpocząć działania zaczepne, poprzez otwarcie ognia w kierunku przeciwnika, a następnie błyskawiczna zmiana pozycji zmuszając przeciwnika do ciągłego manewrowania, a może nawet doprowadzając do wymiany ognia między jego własnymi pododdziałami. Koleżanka z błyskiem w oku zgodziła się na to, a ja zapytałem dowódcę plutonu o pozwolenie, po czym z radia wydobyło się upragnione "Działaj!". Udaliśmy się w kierunku opanowanej przez przeciwnika żwirowni. Po drodze trzeba było przejść drogę leśną, przy której spotkaliśmy osobę "zabitą", tzn. nie biorąca już udziału w ćwiczeniu. Pierwszy przeszedłem drogę, tuż po mnie miała przejść st. strz. Monika (pseudonim "Zając") gdy spostrzegła zbliżający się ku niej jakiś pododdział. Odsunąłem się trochę ostrożnie by się skryć.

W tym oto momencie miałem zaraz otrzymać drugie, a nawet i trzecie życie. Byłem kilkanaście, może kilkadziesiąt metrów od żwirowni, która położona była bardzo blisko drogi. Monikę chyba gdzieś wywiało. Chciałem zerknąć co się dzieje na żwirowni i dochodząc do skarpy nadziałem się na jednego żołnierza, który akurat wyszedł zza niej i zaległ jakieś 10 - 15 metrów ode mnie na drugiej godzinie. "No to już po mnie" - pomyślałem przekonany, że mnie widzi, ponieważ byłem jak na dłoni. Jednak mój skuteczny kamuflaż był skuteczny, a żołnierskie szczęście mnie nie opuszczało. Odruchowo zacząłem powoli klękać możliwie najniżej zmniejszając w ten sposób swoją sylwetkę i nakryłem się rękami, które obficie były pokryte różnymi materiałami kamuflującymi. Skutkowało, nie zostałem nakryty. Trwając w tej sytuacji spostrzegłem, że z drogi w kierunku tego jednego żołnierza zmierza dwóch innych, którzy w pewnej odległości od niego zatrzymali się i krzyknęli: "Siedem!", a on im odpowiedział: "Dziesięć". Tylko wziąć granat w dłoń, wyjąć zawleczkę i czekać - pomyślałem. Ale ku mojemu zdziwieniu tych dwoje podeszło do tego co leżał i zaczęli ze sobą rozmawiać. Jakby tego było mało z tego samego miejsca skąd tych dwóch przyszło nadchodził jeszcze jeden. Przesadą by było jakby i on mnie nie ujrzał. Nakrył mnie, wycelował w moim kierunku i przyklęknął. Później nie było żadnych reakcji z jego strony. Celowaliśmy do siebie tak przez pewną chwilę, a mnie zastanawiało czemu on nie otwiera ognia i nie powiadamia swoich kompanów. Dziwne zjawisko, byliśmy jak jakieś skamieliny. Idziemy! - krzyknął któryś z tych trzech. Idziesz czy nie?! - znowu ktoś krzyknął, a tamten w ogóle nie reaguje, tylko dalej celuje w moim kierunku. Jego koledzy zaczynają się niepokoić. Co ja jeszcze robię na tym świecie?! - zadałem pytanie sobie w myślach powstrzymując się z ledwością od śmiechu. Gość krzyknął do mnie: "Siedem!". On chyba coś widzi - stwierdził ktoś bardzo spostrzegawczy z tych trzech (znajdowałem się tuż pod ich nosem). Znowu usłyszałem jak krzyknął: "Siedem!" Przypomniałem sobie, że przedtem też tak krzyczeli i że muszę chyba odpowiedzieć. "Dziesięć!" - odkrzyknąłem pewnie i stanowczo. Natychmiast zaraz po tym ktoś z tych trzech mówi do niego: "Zostaw go, to nasz!", a ja to potwierdziłem żartując sobie z tego co mnie nakrył i udałem się razem z nimi pogwizdując trochę nerwowo, zmieniając niezauważenie kierunek marszu w stronę krzaków. Świadkiem tego zdarzenia był "zabity", którego spotkałem z Moniką przy drodze. Zgubiłem ich natychmiast. Wokół mnie zaczęło się koncentrować dużo pododdziałów nieprzyjaciela. Manewrując między nimi postanowiłem poszukać Zająca. Przypomniałem sobie, że mogę pogłośnić radio, ponieważ przez ten śmieszny epizod z bystrym wrogiem musiałem je maksymalnie wyciszyć i stwierdziłem natychmiast braki w sprzęcie - brak radia... Pierwsza myśl była taka, że zgubiłem je w miejscu, w którym przyklęknąłem przy ostatnim bardzo bliskim kontakcie. Drugiej myśli już nie było, bo ta pierwsza była prawdziwa - znalazłem radio w tamtym miejscu i dowiedziałem się, że ćwiczenie się skończyło jakieś pół godziny temu oraz że wszyscy ode mnie zachodzą w głowę gdzie mnie wcięło.

st. strzelec Mateusz Paudyna "Chochoł"
JS 1010 Siedlce





Przypisy:


1 - Artykuł "Kompania w obronie" dostępny w nr 04/2011 MMS "Komandos" lub w: http://www.obronanarodowa.pl/index.php?module=Publicystyka&func=display&id=13
2 - Organizatorzy zamierzają opracować w formie pdf i zamieścić na stronie www.obronanarodowa.pl zbiór rozkazów, szkiców i dokumentów do szczebla drużyny.