Strona 1 z 1

"Zasady wojny dowódcy specnazu Gwardii Narodowej"

: 23-12-2014 11:50
autor: takeo
Tłumaczenie z rosyjskiego wywiadu przeprowadzonego z oficerem ukraińskiego specnazu, opublikowanego 11 listopada na Facebooku (i równolegle na stronie censor.net), pt. ??????? ????? ????????? ???????? ??????????: „4,5 ?????? ???? ??? ?????-200 ? ????????? ??????". Ze względu na to, że jest to wywiad, a nie artykuł, to jego forma była mniej spójna i niektóre fragmenty mogą nie do końca być jasne (a do tego tłumacz nie jest wielkim znawcą języka rosyjskiego). Lektura jednak jest ciekawa, więc publikuję to tłumaczenie.

ZASADY WOJNY DOWÓDCY SPECNAZU GWARDII NARODOWEJ: „4.5 MIESIĄCA WALK BEZ ŁADUNKU 200 W ODDZIALE SZTURMOWYM”

Wywiad z oficerem jednego z pododdziałów specnazu Gwardii Narodowej „Cenzor.net” musiał opublikować bez podawania jego prawdziwego nazwiska –pełni on nadal służbę i nie przepada za rozgłosem. Od początku kwietnia do sierpnia brał udział w wielu operacjach bojowych w strefie Operacji Antyterrorystycznej, niemalże bez przerwy znajdował się na froncie. Osiągnęli znaczące rezultaty. Nie lubią rozgłosu, ale poprosiłem go, by mi opowiedział o doświadczeniach bojowych, w prostych słowach opisał psychologię dowódcy pododdziału, podejście do organizacji wojskowej roboty. Na front dociera wielka liczba niedoświadczonych ludzi, którzy potrzebują podstawowej wiedzy o organizacji działań bojowych, którzy potrzebują przynajmniej elementarnej wiedzy o realnej sytuacji i priorytetach, choćby podstawowego zrozumienia teorii. Myślę, że w tak uproszczonej formie okaże się to przydatne.

- Podstawowe czynniki, które pomagają skutecznie przetrwać i walczyć na froncie?
- Po pierwsze – profesjonalne szkolenie. Sam wraz z kilkoma naszymi oficerami mamy za sobą dobrą szkołę – doskonałą uczelnię wojskową ze specjalnością artylerzysty, potem ciągłą służbę w jednym z najlepszych oddziałów specnazu sił zbrojnych, w którym przeszedłem przez wszystkie stopnie dowodzenia. Wyszkolona kadra oficerska, wysoka jakość doboru żołnierzy, dobry poziom szkolenia i zgranie bojowe. Drugi czynnik – szczęście. Poszczęściło się nam, że nie spotkaliśmy przeciwnika, który by umiał nas przechytrzyć, mamy szczęście, że byliśmy jednostką uderzeniową, nie siedzieliśmy tygodniami pod ostrzałem artyleryjskim i nie uderzały na nas większe siły ciężkiej broni pancernej.
- Jak się przygotowywaliście do dowodzenia w ATO? Wiadomo, że dawanie dobrej broni niewyszkolonym ludziom nie ma żadnego sensu. Jak zorganizować system szkolenia? Jak to zrealizować w warunkach wojennych, kiedy brakuje czasu na organizację szkolenia? I co jest do tego potrzebne?
- Tych, którzy przychodzą do armii z cywila, należy bardzo dobrze przeszkolić. Trzeba przyciągać specjalistów. A specjalistów należy brać spośród tych, którzy już brali udział w działaniach bojowych i mają pewne doświadczenie. W naszym przypadku dzwoniliśmy i prosiliśmy o przeprowadzenie szkoleń przez weteranów wojny w Afganistanie. Wyciągaliśmy od nich informacje, obiektywne informacje na temat możliwości oddziałów. Kiedy obejrzeli nagranie z tego, co się dzieje z naszymi wojskami, powiedzieli: „Czekajcie. Następny etap – będą bombardować kolumny.” Zdaliśmy się całkowicie na ich doświadczenie. Ostrzegli nas w kwestii dróg, skrzyżowań i innych rzeczy. Jestem pewien, że gdybyśmy teraz wezwali większą liczbę byłych „Afgańczyków”, z odpowiednim doświadczeniem i zasługami bojowymi, stworzyli system szkolenia wojskowego, metodykę, zaplecze materiałowe, to moglibyśmy rozwinąć w pełni profesjonalne centra treningowe dla przyspieszonego szkolenia dużej liczby żołnierzy. To najbardziej optymalna droga. W tej chwili odpowiedniego systemu szkolenia wojskowego nie ma.
- Potrzebujemy skompletowanych w pełni jednostek, które mogłyby wykonywać różnorodne zadania. W warunkach wojny bezkontaktowej nie możemy walczyć tylko siłami samego specnazu. Rozpoznanie powinno współpracować z artylerią. Osłonę i ruch powinna zapewniać grupa pancerna.
- Tak, potrzebujemy zróżnicowanych, dobrze zgranych sił zbrojnych. I ludzie muszą być zmotywowani i ostrzelani. Tak, potrzebujemy niehumanitarnego systemu szkolenia. Żeby na ćwiczeniach, gdy człowiek pada w czasie przebieżki i ryje okop, to z lewa i z prawa do niego strzelają ostrą amunicją, by mógł to poczuć i nauczyć się kontrolować swój strach i adrenalinę.
- W czasie wielkiej wojny ojczyźnianej zawsze była tylko ostra amunicja i pociski…
- I tak cała grupa taktyczna powinna przygotowywać się wedle jednolitego systemu szkolenia. Do konkurencji specnazu my, profesjonaliści, przygotowywaliśmy się miesiąc – tak intensywnie, że ledwo nogami do nocy powłóczyliśmy. A ludzie bez wyszkolenia powinni ćwiczyć nie jeden miesiąc. Innego sposobu nie ma.
- Kluczową dla nas sprawą, która utrudnia efektywne prowadzenie działań ofensywnych, to dotkliwy brak kompetentnych kadr podoficerskich i oficerskich, tych ludzi, którzy bezpośrednio kierują pododdziałami i podejmują decyzje taktyczne. Jak rozwiązać ten problem? Jak są Afgańczycy, to mogą być oni instruktorami czy doradcami, tyle, że nie mogą biegać tak, jak specnaz.
- Szkolić trzeba – nie ma innej opcji. Wielu oficerów czuje strach – to normalne. Dlatego potrzebni są doświadczeni specjaliści, którzy nauczą podejmowania decyzji w takiej sytuacji. Wiesz, skąd się bierze doświadczenie? Nie z tego, że usiadłeś, pomyślałeś i stwierdziłeś „tak, zrobię to lub to”, i w każdej sytuacji już byłeś. Żeby zrozumieć, czym jest zasadzka, trzeba choć raz zrobić zasadzkę. Tak samo jest z natarciem, obserwacją i rozpoznaniem. Wszędzie potrzebni są wyszkoleni ludzie, którzy będą z tobą przynajmniej na początkowym etapie. W grupie rozpoznawczej powinien być co najmniej jeden człowiek, który – jeśli nie ma możliwości trenowania tutaj – będzie to robił tam.
- Wróćmy do waszego doświadczenia. Kiedy pierwszy raz ze swym zespołem trafiliście tutaj, na wojnę, byliście jednymi z pierwszych pod Słowiańskiem, w połowie kwietnia, i zniszczyliście pierwszy posterunek rosyjskich najemników. Mieliście ten sam problem – większość żołnierzy dotąd nie walczyła. Jak zorganizowaliście psychologiczne wprowadzenie żołnierzy w warunki działań bojowych?
- Wszyscy mieliśmy wysoką motywację. Wszyscy chcieli walczyć i szukaliśmy dla siebie zajęcia. Pierwszego wystrzału nikt się nie bał.
- Jaki jest poziom planowania operacyjnego działań bojowych?
- Dowództwo po prostu stawia zadanie nie zastanawiając się, jak je wypełnić, jak z niego wyjść, żeby wszyscy pozostali żywi. Stawia zadanie: „Idź. Zrób tam porządek.” Tylko cel i czas. Dowództwo nie lubi żadnych zarzutów i wpada w gniew. Jednego z doświadczonych pułkowników oskarżyli o zdradę mówiąc, że jest złym dowódcą. Sława i chwała temu pułkownikowi, który normalnie to wszystko odreagował i poszedł wykonywać swą pracę tak, jak uważał za stosowne. Wynik był oczywisty – wszyscy są żywi i zdrowi.
- Jakim oddziałem dowodziliście w strefie działań bojowych?
- Dowodziłem grupą złożoną początkowo z 70-80 żołnierzy.
- Jak ciężko przyszło wam wykonywać swą robotę? I jakie mieliście dotąd straty bojowe?
- Od kwietnia byliśmy pod Słowiańskiem, w Popasnej, Karłówce, Jampolu i tak dalej… Często nas wysyłali w awangardzie. Straty były minimalne. „200”-ych wśród naszych chłopców nie było ani jednego, za całe 4 pełne miesiące walk. Byli ranni, ale tego nigdy nie da się uniknąć. Głównie rany lekkie. Inwalidów nie ma. Niektórzy już zdążyli wrócić do zdrowia.
- Powiedzcie w prostych słowach, jak to osiągnęliście? Jak to wyjaśnić, żeby było to zrozumiałe dla zwykłego człowieka?
- Wyjaśnię na przykładzie jednego zadania. Postawione zadanie – miejscowość, którą trzeba zdobyć, oczyścić i umocnić. Nie wiemy, co tam jest – żadnego wcześniej rozpoznania nie było. Nie wiemy, kto tam jest, jakie siły – postawiono nam po prostu zadanie. W danym momencie znajdują się tam różne posterunki i są różne informacje o tym, czy jest tam artyleria i czołgi. Po otrzymaniu zadania bojowego pewna grupa zostawała na miejscu, natychmiast wyjmowaliśmy mapę topograficzną, otwieraliśmy Google, przez który oglądaliśmy miejsce i ustalaliśmy marszrutę. Druga grupa wyjeżdżała od razu do, powiedzmy, wyższych sił armii i nawiązywała pełną łączność ze wszystkimi: lotnictwem, pancerniakami, artylerzystami i wywiadem. Jak była nawiązywana łączność? Wymienialiśmy się numerami telefonów komórkowych, dowiadywaliśmy się, gdzie chłopcy stoją, kto nam może pomóc, kto znajduje się z lewej i prawej, jakie mają zadania. Robiliśmy to po to, by nasz pododdział miał świadomość tego, kto i gdzie u nas się znajduje. Potem, kiedy już zebraliśmy pełną informację, przekazywaliśmy dane o sobie – gdzie będziemy i czym będziemy się zajmować. Ale, trzeba podkreślić, nie dawaliśmy tych informacji wyższemu dowództwu. Informowaliśmy tylko tych ludzi, których znaliśmy i z którymi byliśmy zaznajomieni. Zapisywaliśmy to na karteczce i już.
- Sprawdzaliście telefony u żołnierzy, żeby je zostawiali?
- Szczególną uwagę zwracaliśmy na kontrolę uzbrojenia i amunicji. Jesteśmy jednostką elitarną i nie trzeba kontrolować drobiazgów. Zetknąwszy się z problemem telefonów komórkowych po prostu nakazaliśmy całkowicie je wyłączyć i zostawić w bazie. Komórkę ma tylko dowódca na wszelki wypadek, a i ten jest wyłączony. Łączność była nawiązywana tylko po zrealizowaniu zadania bojowego. Podstawowym wyposażeniem są urządzenia noktowizyjne, ochrona osobista, medykamenty i amunicja. Na żywność nikt nie patrzy. Ważniejsza woda. Przeżyć bez jedzenia człowiek może 2-3 dni… Do jedzenia są „Snickersy”. Więcej nas nic nie interesowało. Najważniejsze było wypełnienie zadania. Oczywiście, w zwykłych jednostkach trzeba sprawdzać dokładnie wszystkich żołnierzy. Wiadomo, że nie są dość krytyczni wobec siebie, ani wobec swoich kolegów. Tacy zapomną wyłączyć komórkę, będą potrzebowali zadzwonić do mamy albo do dziewczyny, albo wezmą ze sobą jakiś dokument. Z tego powodu trzeba oczywiście sprawdzać. Ale to tylko na początku. Jak żołnierz już kilka razy będzie w walce, to sam zacznie to robić, jak zrozumie, że to zagraża jego życiu. Mamy za sobą walkę, w której naprawdę mieliśmy już tylko po jednym magazynku, potem nikogo już nie trzeba było przekonywać i każdy bierze ze sobą co najmniej „cynk” nabojów zamiast jedzenia [„cynk” - potoczna nazwa pudełka na naboje, wykonanego z cynku]. Jeśli jedziemy pojazdami, to każdy z nich ciągnie za sobą jaszczyk [wóz na amunicję].
- Czyli jeśli nie dawano wam wsparcia, to wy sami nawiązywaliście współpracę z artylerią i bronią pancerną spośród tych jednostek, które widzieliście na miejscu?
- Tak.
- A jeśli po prostu powiedziano wam „idźcie naprzód”, niczego nie wskazując? Bez wsparcia artylerii i broni pancernej…
- Kiedy dostawaliśmy zadanie zdobycia miasta czy wsi, to gromadziliśmy wszystkie siły naokoło. Jak były to drobne zadania, gdzieś coś przeczesać, zrobić jakąś zasadzkę, coś rozpoznać, wtedy szliśmy cicho. Dzięki Bogu, że są znajomi, kontakty w różnych jednostkach i wiedzieliśmy dobrze, kto gdzie ma robotę. Żeby nie było równoległych zadań…
- Czyli obchodziliście rejon działań bojowych, określaliście strefy odpowiedzialności pododdziałów, sektory ostrzału?
- Dochodziło do tego, że dowódcy o niczym nie wiedzieli. Z tego powodu, że są to tajne zadania i żeby nikt o nich nie wiedział. Chociaż wszyscy mieli telefony komórkowe, normalnej łączności radiowej z pobliskimi pododdziałami u nikogo nie było. Czyli bałagan zupełny. My, będąc tego świadomi, patrzyliśmy na rejon operacji. Dowiadywaliśmy się, kto w tym rejonie się znajduje, udawaliśmy się do właściwego człowieka, spotykaliśmy się gdzieś, ustalaliśmy, jak możemy sobie nawzajem pomóc i sobie nie przeszkadzać, a potem już na miejscu z nimi robiliśmy swoją robotę. No i rezultaty w zasadzie były normalne.
- Macie mapę, współpracujecie ze wszystkimi w danym rejonie…
- Nigdy nie da się ustalić zakresu współpracy, nawet bywając w sztabie. Tj. o tobie wiedzą i ty wiesz o nich, ale współpraca jeszcze nie jest ustalona. W tym momencie, gdy sprawdziłeś całe wyposażenie żołnierzy, transport i broń, gdy to już jest zrobione, wtedy bierzesz mapę, dzielisz rejon na sektory, każdej grupie, każdemu pododdziałowi dajesz sektor… Jeśli my trzymamy na przykład front, to się nie martwię ani lewą, ani prawą flanką. Jest mi to obojętne. Jeśli nawet w jakimś momencie będą stamtąd strzelać, nie będę na to zwracał uwagi z tej prostej przyczyny, że wiem, że tam są nasi. Tak właśnie działaliśmy w terenie zamieszkałym. Braliśmy swój oddział, dzieliliśmy go na małe grupy, braliśmy mapę, praktycznie każdemu żołnierzowi robiliśmy wydruk z Google’a i wyznaczaliśmy wszystkie sektory. Robiliśmy nawet tak, że jeśli razem z nami byli na przykład artylerzyści czy sąsiadujące oddziały, to im także dawaliśmy mapę i mówiliśmy: „Chłopcy, będziemy działać tu i tu. Żeby było jasne, żeby nie było zamieszania”. Oczywiście, naruszaliśmy wymóg tajności, ale przy operacjach szturmowych jest to uzasadnione – współpraca jest ważniejsza. Omawialiśmy punkt wyjścia, czas wyjścia, gdzie powinniśmy być dokładnie w danym momencie…
- Jak się nawiązuje współpracę – wytłumaczcie w prosty sposób.
- To jest najciekawsze. Po zajęciu pozycji wyjściowych, my – dowódcy - wszyscy rozjeżdżamy się do najbliżej stojących jednostek. Już bezpośrednio ściskamy sobie z nimi ręce, zawozimy szampana, przywozimy papierosy. Wszystko to robimy z jednej prostej przyczyny. Szukamy znajomych, z którymi będziemy się wzajemnie rozumieli. Jeśli do człowieka zadzwonią i powiedzą: „Tam z lewej biją ludzi. Przyjdź pomóc.”, to czy pójdzie ratować nieznanych ludzi, kiedy tutaj moi chłopcy padają… Prawdopodobnie pójdzie na ratunek tym, których zna, po tym, jak z nim posiedzieliśmy 15 minut i połowę oddziału poczęstowałem papierosami. Ma wtedy już do mnie moralne zaufanie i po znajomości za mną pójdzie – jeśli to, oczywiście, właściwy człowiek. Zdążyliśmy już zrozumieć, że psychologicznie jest to bardzo ważne. Mówiliśmy im, jak widzimy sytuację, prosiliśmy o opinię, jak oni się na to zapatrują. Najczęściej było tak, że po przyjeździe na miejsce i po nawiązaniu łączności okazywało się, że w wyższym sztabie nie mają aktualnego obrazu sytuacji – linie są inne, wszystko się już pozmieniało, położenie przeciwnika itd. To bardzo ważny moment – organizacja współpracy już na miejscu. Byliśmy w stanie odłożyć o dzień wypełnienie zadania, aby tylko nawiązać kontakt ze wszystkimi. Bez tego nie szliśmy.
- Jest już uzgodniona współpraca na wyjściu, docieracie na rubież ataku i tu sprawdzacie procedurę łączności, weryfikujecie początkowe dane z tym, co widzicie na miejscu?
- Tak. Nawet dawaliśmy swoje radiostacje, by umożliwić współpracę. Później, gdy już wszystko było zorganizowane i gotowe, dzwonimy na lewo, na prawo i mówimy, że zaczynamy. A oni: „Dobra, jesteśmy gotowi was wesprzeć.”
- Dobrze. Procedura ruchu. Jak się poruszacie w kolumnie w marszu?
- To, oczywiście, oddzielna historia. Dlaczego? Dlatego, że my, jako jednostka specjalna, nie mamy własnych transporterów opancerzonych i nas ciągle gdzieś wsadzali. To na BTR, to na czołgi. Trzeba wiedzieć, że wyznaczanie celów przez dowództwo nie zawsze odpowiada logice. „Macie spośród siebie 54 ludzi na wypełnienie zadania bojowego.” Skąd się ta liczba wzięła, nie wiadomo, kto i dlaczego określa, że dla wypełnienia zadania jednostka ma nie działać w pełnym składzie – co jest najefektywniejsze, a w rozdrobnieniu na kawałki. Ja, jako dowódca jednostki wiem, ile ludzi mieści się do BTR i ilu ludzi trzeba wsadzić do transportera dla wypełnienia jakiegoś zadania. Dla 54 ludzi potrzeba powiedzmy 8 BTR. Rano. Wyjazd. Patrzymy, a ich jest nie 8, a 5. Co zrobić z pozostałymi ludźmi? Dlatego w takiej sytuacji bierzemy jakiś swój samochód osobowy. Były też przypadki, kiedy ludzi wysyłaliśmy wprost.
- No, na przykład nie dostajecie transportu ani pojazdów opancerzonych w wymaganej liczbie… Wysyłacie mniejszą liczbę ludzi?
- Myśmy tego oczywiście nie mówili. Czemu wykorzystywać ludzi… Jesteś dowódcą i odpowiadasz za życie swojego człowieka. W tym momencie – to twoje dzieci. Można tak powiedzieć. Będziesz jechał wewnątrz BTR czy czołgu, zdając sobie sprawę, że jeśli ty odejdziesz, to oni też zginą, będziesz ich sadzał na wierzch, dlatego że maszyn nie starczyło?
- Czyli chcesz powiedzieć, że jeździliście w transporterach cały czas, a nie na wierzchu?
- Oczywiście, początkowo wszyscy jeździliśmy na transporterach. Przenosiliśmy się na transporterach do miejsca przeznaczenia lub dla przeprowadzenia operacji. Patrząc na przebieg kampanii irackiej czy czeczeńskiej, to cała ta sprawa miała się inaczej. Nikt nie jeździ na transporterach, bo to są żywe trupy. Jedna seria i nikogo nie będzie. Seria, wybuch jakiejś miny z lewej, z prawej, to wszystko grozi ludziom, niechronionym przez pancerz. RPG są niebezpieczne – ale RPG latają rzadziej, niż snajperska kula… Staraliśmy się brać mniej ludzi, ale wsadzaliśmy ich do transportera. Otwieraliśmy włazy, stawialiśmy PK na górze… Otwarte włazy – to ważne, gdyż nawet przy trafieniu RPG strumień kumulacyjny rozprasza się wewnątrz kabiny, nie będzie nadmiernego ciśnienia. Staraliśmy się minimalizować straty. Niech już człowiek będzie ranny, byleby żył.
- Procedura ruchu kolumny. Mieliście na nią wpływ czy też to od was nie zależało? Po prostu wsiadaliście i jechaliście? Jak ustalaliście współpracę i porządek ruchu, przerwy?
- Jeśli nasz oddział wypełniał zadanie bojowe, odpowiednio w każdej maszynie była załoga wraz z dowódcą, między załogami zawsze była łączność. Nawet z każdym z żołnierzy. Dzięki Bogu, mniej więcej wyposażeni jesteśmy, każdy żołnierz ma radio. W czasie ruchu wiadomo, że nie należy włączać radiostacji na próżno, były włączane tylko przez dowódców. W trakcie realizacji działań bojowych radio włączał każdy żołnierz. Zdarzało się często, że wyjeżdżaliśmy na zadanie z „pokrewnymi” jednostkami. Ogólnie mówiąc robił się wtedy kompletny burdel. Przychodzi jeden pułkownik, drugi, trzeci i każdy „ruli” [ros. ?????, ang. rule] – to kolumnę tak ustawić, wyznaczają na dowódcę jedną osobę, w kolumnie dowódcą jest inna… Kolumnę ustawiają tak, jak im się podoba. Trzeba to wszystko w drodze przestawiać. Początkowo przychodzili generałowie, dowódcy, wszyscy tacy modni ludzie, gotowi dowodzić w każdej chwili… Ot, ustawił kolumnę, odwrócił się i pojechał. Słuchaliśmy ich w milczeniu, kiwaliśmy głowami i mówiliśmy „Tak, oczywiście”. A jak już wyruszyliśmy, zaczynała się nasza robota. Wówczas już robiliśmy wszystko tak, jak trzeba, dla naszego bezpieczeństwa. Kiedy podchodziliśmy do miasta, to po drodze. Wiedzieliśmy na podstawie informacji operacyjnej, zdzwoniwszy się ze wszystkimi, że w danym rejonie na przykład artylerii raczej nie ma. A nawet jeśli jest, to my po nim, już w trakcie podejścia do miasta, mogliśmy normalnie zareagować. Obiektywnie ocenialiśmy sytuację. Czyli jeśli widzimy po lewej i po prawej pola, od razu schodzimy i idziemy przez pola. Zostawiamy przy tym „pozoranta” [ros. ????????????]. Także czołg może spokojnie uciec w „zarośla”, w lewo, w prawo, nawet połamać drzewa. To logiczne. Może się ukryć i uciec. Zbliżając się zaczyna strzelać, ściągając na siebie uwagę… W marszu między maszynami powinny być utrzymywane przerwy. Na przedzie broń pancerna.
- Czyli wydzielana jest straż przednia marszu. Prowadzi ona rozpoznanie sytuacji i w razie czego podejmuje walkę. Zaś główne siły, gdzie znajdują się zasadnicza masa ludzi, tyły, zaopatrzenie jadą dalej. Nie w jednej kolumnie. Drugie pytanie – jedziecie na operację i spotykacie osoby cywilne?
- Nie było czegoś takiego, że, przykładowo, jedzie kolumna, a tu jeżdżą cywilne samochody, skuterowcy, rowerzyści. Takich ludzi od razu zatrzymywaliśmy i zabieraliśmy im telefony komórkowe. Było nam obojętne, czy to jedzie taksówkarz czy jakaś rodzina. To życie ludzi. Wyrzucaliśmy z telefonów karty i baterie, zwracaliśmy im z powrotem telefony. Przepraszaliśmy. Baterię do komórki, jak i kartę można sobie kupić. Tyle.
W samochodach sprawdzaliśmy rejestratory. Te także zabieraliśmy i wyrzucaliśmy. To pierwsza rzecz, jaką robiliśmy. Po prostu parę razy wpadliśmy z powodu skuterowców i taksówkarzy. Taksówkarze to w ogóle podstawowa przykrywka zwiadowców przeciwnika. A nikt w to nie wierzy. Po tym, jak przez posterunek przejadą 2-3 taksówki, zaczyna się ostrzał. Jak to wyjaśnić chłopakom? To nie zbrodnia, kiedy wyrzucasz baterię z telefonu komórkowego jakiegoś człowieka, któremu nie poszczęściło się na wojnie, a zwykła troska o życie swoich ludzi. Czyli oddaję z powrotem jego osobistą rzecz i w tym momencie dobrze wiem, że jeśli zostawię mu baterię, to on odjedzie, włoży nową kartę, włączy baterię i złoży raport, co i kto tutaj jest – wszystkie informacje. Tak, bywało czasem sytuacje niemiłe, nieprzyjemne, kiedy ludzie patrzyli na nas, jak na wariatów, kiedy im zabieraliśmy telefony. Zdarzało się też, że zatrzymywaliśmy ludzi spotkanych na trasie kolumny. Także skuterowców. Jedzie młody człowiek „do sklepu”, a wiem, że w okolicy nie ma nigdzie otwartego sklepu… „No, przyjacielu, posiedź z nami i pogadajmy.” Kiedy kompania dojeżdżała, przekazywaliśmy go służbom porządkowym albo wypuszczaliśmy. Czyli minimalizowaliśmy ilość wychodzącej informacji, śledzenie i wykrywanie nas na danym terenie.
- Postój kolumny w czasie marszu – na co zwracaliście uwagę?
- Jeśli gdzieś się zatrzymywaliśmy, to nie było takiej sytuacji, że wszyscy zatrzymujemy się na poboczu i stoimy. Pojazdy rozciągaliśmy w odstępach na co najmniej 50 metrów. Kilka razy tak robiliśmy, potem chłopcy już sami tak zaczęli robić. Postój nie zabierał nam więcej, niż jedną godzinę. Postaliśmy, ruszyliśmy się i już staliśmy w następnym miejscu. Jeśli w jakimś określonym rejonie trzeba było czekać na coś lub kogoś, to wtedy postaliśmy niedługo, minęła godzina, przejechaliśmy w kolejne miejsce. I tak cały czas. W trakcie postoju pojazdów wszyscy mieli zakaz chodzenia po drodze. Natychmiast organizowaliśmy osłonę. Większość nawet tego nie zauważała. Wystawialiśmy obserwatorów, a wszyscy ludzie szli w „zarośla”. Owszem, było nieprzyjemnie – komary gryzą, ludzie się denerwują, a ci, którzy nie byli na to przygotowani, w ogóle nic nie rozumieją. Cóż, powtórzę to raz jeszcze, nigdy nie było u nas ani jednego „200-ego”.
- Czy zdarzały się przypadki, kiedy w czasie ruchu kolumny dochodziło do walki?
- Tak. Na przykład, przy zdobywaniu jednego miasta, poszliśmy z zupełnie innej strony – wyszliśmy do ataku przez pola – założyliśmy, że po krótkiej drodze nikt nie będzie szedł, i trafiliśmy na niewielki opór. A droga, po której jednostka powinna pójść razem z nami, trafiła pod ostrzał artylerii. Staliśmy dosłownie 500-600 metrów od tej drogi i wszyscy się zastanawialiśmy, co robi nasza artyleria. Przy tym atakowaliśmy ich już z drugiej strony – ogólnie mówiąc, z pomocą artylerii przez te same okopy. Myśleliśmy, że to nasze przeloty lecą. Ale, jak się okazało, tak nie było. Już tam na nas czekali. Tj. w określonym momencie, kiedy powinniśmy byli wyruszać do ataku, przeciwnik zaczął walić dokładnie po krótszej drodze przewidując, że będziemy atakować wedle schematu. Zawsze stawiamy się w sytuacji przeciwnika. W każdej chwili patrzymy – gdzie byśmy się bronili. Tu, tu i tu. Tutaj byśmy dali słabszą obronę, tutaj mocniejszą…
- Czy po wyruszeniu patrzycie, gdzie mogą być zasadzki, przygotowujecie się?
- Tak, koniecznie. Jeśli była taka możliwość, zawsze pomagali nam artylerzyści. Włącznie z tym, że jak widzieliśmy, że gdzieś jest posterunek, obserwowaliśmy miejscowość znajdującą się obok i dochodziliśmy do wniosku, że urządzilibyśmy zasadzkę w innym miejscu. Dlatego zbliżając się nakierowywaliśmy artylerię na to miejsce, co do którego podejrzewaliśmy, że może tam dojść do walki albo jest zasadzka. Można było też to miejsce ostrzelać profilaktycznie z czołgu. Zaczynało się to nie mniej, niż 1 kilometr wcześniej. Zaczynaliśmy ostrzeliwać zarośla – dajesz jeden, dwa pociski, jak mówią, dla pewności. Jeśli gdzieś pada pocisk, człowiek myśli: „Acha, znaczy się już mnie widzą”. Zaczyna strzelać. W ten sposób wykrywamy taką zasadzkę. Ta zasada działa nie tylko przy kolumnach, ale przy każdym ruchu. Zdarzały się sytuacje, że byliśmy w lesie bez transportu. Las był bardzo gęsty i tak łatwo przez niego przejść nie było można – będzie słychać, że idzie grupa. 20 ludzi na przykład. Było oczywiste, że nawet niekumaty człowiek zrozumie, że ktoś idzie. O, jeden z przypadków… Nie widzieliśmy obserwatorów, siedzących w lesie, którzy nas namierzyli. Zaczęła nas ostrzeliwać wroga artyleria. Myśmy zaczęli wyszukiwać tych obserwatorów. Znaleźliśmy… Przy wejściu w kontakt bojowy nikt nie uciekał ze łzami „trafili nas”, „na pomoc”, „ratujcie”. Za każdym razem była „zwrotka” [ros. ???????]. Psychologia była taka – nas „trafili”, więc tam idziemy i robimy z tym porządek. Nigdy tak nie było, żebyśmy zawrócili i pojechali. Mając świadomość sytuacji, jak się przydarzyła i dlaczego do niej doszło, dawaliśmy sobie z nią radę.
- Jaki jest porządek działań w ataku?
- Najważniejsze w ataku to nie pozwolić przeciwnikowi się zaskoczyć i nie dać mu możliwości prowadzenia celnego ognia. Myśmy wybierali miejsce, gdzie atakujemy. Zaczynamy walkę. Ustalamy punkty ogniowe. Wtedy dochodzą do głosu siły wsparcia – czołg czy haubice wsparcia, z którymi utrzymujemy łączność. Potem zaczynamy ostrzeliwać ich pozycje artylerią i jak tylko pocisk pada tam, gdzie trzeba, ogólnie rzecz biorąc, w ich tyle – nam to wystarczy. Zaczynamy się zbliżać i jak tylko od strony przeciwnika zaczyna się ostrzał, wtedy znów „rzucamy” pociskiem. Pod takim ostrzałem artyleryjskim przeciwnik nie jest w stanie prowadzić celnego ognia, zaczyna się kryć i przemieszczać. To jest nasz moment na podejście. Jest taka sytuacja, którą przeciwnik zna – artyleria zaczyna swoją robotę, a potem kończy, wtedy idą do natarcia. Odrzuciliśmy tę metodę. Artyleria strzela, a my idziemy do natarcia. Oczywiście, jest to ryzykowne – nacieranie zaraz za wybuchami pocisków, i wymaga dobrego zgrania i zaufania między piechotą a artylerią. Powiem jeszcze przy tym, że mamy, dzięki Bogu, normalną sytuację ze snajperami. Bystrzy, kumaci, wyszkoleni chłopcy. I cała optyka przy broni jest dobra. Wiadomo, że od samego początku przypadła im ogromna rola. Dlaczego? Z tego powodu, że daleko widzą – wysoko siedzą, daleko patrzą. Wedle możliwości dawaliśmy ich na przód, zajmowaliśmy jakieś wzniesienie, żeby snajperzy mogli nam przekazywać raporty z sytuacji operacyjnej. Jeśli wchodziliśmy do miasta, to podobnie szukaliśmy jakiegoś większego budynku czy obiektu, gdzie można by było ulokować snajpera.
- Kwestia czasu. O jakiej porze maszerujecie w kolumnie czy prowadzicie działania? W nocy czy w dzień?
- To zależy od zadania. Jeśli zadaniem jest zająć, zdobyć miasto, to oczywiście lepiej jest działać w nocy. Początek oczyszczania – za dnia, lub o świcie, kiedy jest jasno. Odkładaliśmy wszelkie działania, które zaczynały się wraz zapadnięciem zmroku, przechodziliśmy do obrony i szliśmy na rozpoznanie. Raz jeszcze, to zależy od wyposażenia jednostki. Mamy, chwała Bogu, urządzenia noktowizyjne. Zdarzało się, że jedziemy kolumną pojazdów i kierowcy zakładali noktowizory, wyłączali światła, wyciągali bezpieczniki, żeby tylne światła „stop” się nie świeciły, albo chociażby używali hamulców ręcznych. To bardzo skuteczne środki, ale nie działają w przypadku bardzo ciężkich pojazdów.
- Jakie uzbrojenie pobieraliście dla swoich grup?
- Wyszliśmy z założenia, że jeśli idzie grupa, na przykład z 10 ludzi, to powinni mieć minimum 2 karabiny maszynowe. Minimum – mamy głównie PKM-y. Szczególnie ważne w kontakcie bojowym na krótkim dystansie, w zasadzce, zwłaszcza w lesie, są szybkostrzelność i kaliber broni. Starcia na bliskim dystansie są na wojnie nieuniknione. Jak się wpadnie w zasadzkę, to bębny nabojowe kończą się w mgnieniu oka. Im większy kaliber, tym lepiej. Zrozumieliśmy to po kolejnej walce w „zaroślach”. Jak tylko nawiązujesz kontakt, rzucasz tam 2-3 granaty z granatnika, dajesz serię i dalej idziesz z miotłą [ros. ?????]. Wiemy już, że 5.45 nam nie pasuje. Kula 5.45 tylko rykoszetuje i tyle. A jak walisz 7.62 – gałęzie pięknie spadają. I kula idzie we właściwym kierunku. Kiedy idziemy i nagle padają strzały, a w radiostacji słyszymy „Chłopaki, pomóżcie! Mamy 200-ych, 300-ych”, w takich sytuacjach nikt nie myśli o własnym bezpieczeństwie. Nikt się nie zastanawia nad taktyką. Tak, oczywiście, masz chłodny umysł i rozumiesz, że jeśli tam strzelają, to idziesz z innej strony, żeby nie razić swoim ogniem drugiej grupy.
- Przykłady udanego przeprowadzenia rozpoznania wojskowego?
- Jest podręcznik zwiadowcy. Reszta to improwizacja. Wychodzi kolumna na patrol, rozpoznanie marszowe we właściwym kwadracie szybko odskakuje, żeby nie było widać, że kolumna się zatrzymała. Zwiadowcy ruszają na dzień, dwa wprzód marszruty. Przed ruchem głównych sił zawsze wysyłaliśmy taki zwiad, który szedł nocą po wszystkich tych „zaroślach”. Znajdowaliśmy tam gotowe „leża” obserwatorów. Przygotowywaliśmy na nich zasadzkę – czekaliśmy. Oni przychodzili, zajmowali pozycje, a tu nasi chłopcy podchodzą do nich od tyłu, walą po nogach – „Ej! Wstawaj! Uciekaj stąd, tu pracuje ukraiński specnaz”. Odprowadzaliśmy gości… Do miasta trzeba wchodzić po przejęciu linii zaopatrzenia – to ich paliwo, żywność. Staraliśmy się ich okrążać, znajdowaliśmy i przechwytywaliśmy zaopatrzenie przeciwnika, cysterny z paliwem oddzielaliśmy na drugą stronę, przekazywaliśmy służbom porządkowym. Czyli dany, zamieszkały punkt jest okrążony. Nie powinno być tam nic do zrobienia. Jeszcze raz, dziękuję bardzo wszystkim wywiadowcom. Przekazywali cenne informacje. Że tam coś jest, widziano przejazd jednej, dwóch cystern. W ogóle wszystkie nasze działania bojowe zawierały to, że jechaliśmy i zaczynaliśmy rozmawiać z ludźmi, z wojskami: kto tam był i co widział. Nikt nie szedł do walki z gorącymi głowami i krzykami „Hura! Za Ojczyznę!”.
- Jak to jest, że tak łatwo tworzyliście relacje z dowództwem? Jak chcieliście, to nie szliście od razu do ataku? Jak was znosili?
- Nie. Zawsze się zgadzamy z dowództwem. Krzyczeli i karcili. Krzyczeli, że zwolnią. A my zawsze się z nimi zgadzaliśmy. To pierwsza zasada komunikowania się z dowództwem – zawsze się zgadzać. Zaś drugą zasadą jest zawsze mieć efekty. Dlatego mówiliśmy, co musieliśmy, a robiliśmy, co trzeba. Zdarzało się, że dawali nam zadanie „w tej chwili wyjeżdżajcie!”, a my wiedzieliśmy, że szykuje się nieprzyjemna sytuacja, wedle naszego rozpoznania można wpaść prosto w zasadzkę, i odmawialiśmy. Mówiliśmy: „Wybaczcie, nie możemy sobie na to pozwolić, gdyż są tu nasi chłopcy i nie możemy ich zostawić. Będziemy tu jeszcze co najmniej dobę.” Zwalniali mnie przez telefon… (śmiech). Oszukiwaliśmy. Jak dostawaliśmy – oszukiwaliśmy, nie dostawaliśmy – wysyłali. Zdarzało się, że pytali „Dlaczego nie poszliście? Dziś powinniście być już tam. Dlaczego do tej pory nie wyruszyliście?”. Tłumaczyliśmy, że na przykład w tym momencie wrócił nasz zwiad, który wypatrzył dużą liczbę pojazdów przeciwnika, wśród nich 2-3 czołgi, i jest potrzebna operacja wojskowa na pełną skalę itd. Słysząc to wyższe dowództwo: „Naprawdę? Tak, tak, siedźcie. Zajmiemy się tym teraz.” Wówczas robiliśmy swoje, prowadziliśmy rozpoznanie, przygotowywaliśmy wymarsz kolumny… W momencie, gdy już byliśmy pewni, że wszystko jest w porządku i trasa jest pod kontrolą, wyruszaliśmy. Dzwoniliśmy potem: „Wszystko w porządku. Jesteśmy na miejscu. Czołgi odjechały.” Jak przez telefon mówił jeden generał: „Podajcie marszrutę, po której będziecie się poruszać”, odmawialiśmy. Oczywiście, w grzecznej formie. Mówiliśmy, że jak dojedziemy, to się zgłosimy. Nie ma sensu kłócić się z dowództwem. Wiedzieliśmy, że jak usuną właściwych ludzi, to nie będziemy w stanie pracować. Najważniejsze – zgadzać się. I oszukiwać. A jak już nie starczało sił, by oszukiwać, co zdarzało się rzadko, trzeba było otwarcie wyjaśniać nasze podejście. Tak, zdarzało się – dochodziło do tego, że mówiłem dowódcy prostymi słowami, co myślę. Osobiście. Nie żałuję – mam za to czyste sumienie przed każdym z moich żołnierzy. Wszystkich ich wyprowadziłem żywych.
- Jak utrzymać motywację w jednostce wojskowej? Jak zmusić ludzi do sprawnego działania pod ostrzałem?
- Uśmiechami. Kiedy podchodzisz, a on patrzy na ciebie przestraszonymi oczami, wstajesz prosto i mówisz: „Synu, patrz, wszystko w porządku…”. Ludzie się motywują patrząc na ciebie. A między sobą jak? „To nasza Ojczyzna”. Jest tylko jeden sposób motywowania – trzeba z jednostki stworzyć spójny zespół, i żyć z nim jednym życiem. Wstaje dzień, a my nie wiemy, co się dzieje w armii. Ktoś wpadł w zasadzkę, ktoś zginął, a gdzieś „bąka” strącili – czym strącili, jakie siły, gdzie, kto? Może wyższe siły siedzą, patrzą paląc papierosa i im to przynoszą. To nie