Strona 3 z 3

: 14-07-2016 17:25
autor: qazimodo
Kurs unitarny Lębork 2016
W dniach 01/10 lipca 2016r., Pomorska Obrona Terytorialna wraz z Jednostką Strzelec 4018, zorganizowała kurs przygotowawczy dla rekrutów chcących wstąpić w szeregi oddziałów lekkiej piechoty Obrony Terytorialnej.
Kurs zakończył się egzaminem, do którego mogli przystąpić wszyscy chętni i czujący się na siłach rekruci. To co przeczytacie jest moim subiektywnym opisem wydarzeń i wrażeń jakie przeżyłem i odniosłem. Zachęcam do przeczytania zwłaszcza osoby zastanawiające się; czy warto?
Skoszarowano nas w Pierwszym Batalionie Zmechanizowanym w Lęborku. Bardzo urokliwe i ciekawe architektonicznie miejsce uderzyło mnie swoją czystością. Po przekroczeniu bramy miałem wrażenie że znalazłem się w innym mieście. Poczułem się prawie jak na wakacjach. Ale… tylko przez chwilę.
Dostaliśmy do dyspozycji kilka pomieszczeń w których zorganizowaliśmy miejsca do spania, wydawania posiłków i prowadzenia zajęć.
W godzinach popołudniowych ustawiono nas w kolumnę i pomaszerowaliśmy na plac gdzie do wieczora ćwiczyliśmy musztrę. Naturalnie nie tego się spodziewałem. Przecież ja chciałem „strzelać” a nie defilować. Niemniej „dar przekonywania” dowódcy prowadzącego zajęcia, skutecznie powstrzymały mnie przed choćby „piskiem niezadowolenia”.
Akurat ja brałem udział w szkoleniach unitarnych od grudnia ubiegłego roku, a sam kurs miał być dla mnie powtórką przed egzaminem i dawno uświadomiłem sobie iż wojskowość to prócz służby po prostu zawód. Którego trzeba się zwyczajnie nauczyć. Opanować jego wszystkie aspekty. Te fajne, ciekawe i te mniej interesujące.
W trakcie ćwiczeń klarownie wyjaśniono nam dlaczego ważne jest byśmy znali choć podstawy poruszania się na placu apelowym. Prosty przykład – wspólny poranny apel z wojskiem. Jak byśmy się zaprezentowali i jakie wrażenie po sobie zostawili nie potrafiąc się ustawić lub maszerować.
Po kilku godzinach okazało się nawet, że naszej drużynie całkiem zgrabnie wszytko wychodzi.
W kolejnych dniach rekruci mieli okazję zapoznać się z szeregiem podstawowych zagadnień związanych z wojskowością. Było to min:
- Obsługa karabinków KBK AK, zasady BLOS
- Bronioznawstwo i sprzęt indywidualny
- Nawigacja, terenoznawstwo
- Pierwsza pomoc
- Radio i komunikacja
- Surwiwal
- Omówiono też proces ubiegania się o pozwolenie na posiadanie broni

Zajęcia były okraszone ćwiczeniami fizycznymi skutecznie wypełniającymi czas wolny. Którego po prostu nie było. Powyższe zagadnienia były omawiane w dość szerokim zakresie. Część w nich trwała cały dzień.
Same zajęcia z surwiwalu na których pokazano podstawowe techniki przetrwania (za które nie jedna cywilna firma bierze nie małą kasę) połączone zostały z długodystansowym marszem na orientację. Gdzie można było jeszcze przed egzaminem sprawdzić w praktyce nabytą niedawno wiedzę.
W połowie trwania kursu zapakowano nas na pakę wojskowego jelcza i zawieziono na strzelnicę. Tu podzielono nas na grupy w których ćwiczyliśmy, strzelanie na dystansach 30, 50 i 100m, postawy strzeleckie, itd.. Każdy miał okazję zobaczyć jak zmienia się celność na powyższych odległościach i w zależności od postawy. Każdy miał do wystrzelania 120 szt. amunicji do KBK AK.
Na deser było strzelanie z PK. Po zapoznaniu się z obsługą i opanowaniu na sucho wymiany lufy i taśmy z amunicją, przećwiczyliśmy to prowadząc ogień. Ten nabytek którym dysponuje POT oraz JS4018 zdobyty został z środków uzbieranych w głośnej akcji na polakpotrafi.pl , Każdy bez problemu opanował jego obsługę i mógł zrozumieć co daje broń wsparcia. Karabin wyposażony w dwójnóg oraz kolimator z powiększalnikiem jest bardzo celną bronią.
Następnego dnia od rana były zajęcia z zielonej taktyki, gdzie nauczyliśmy się min. pięciu zasad dobrego patrolu, czołgania, przejścia przez drogę, skoków piechoty, reakcji na kontakt, oceniania odległości itd. Osobiście największe wrażenie robi na mnie zawsze test skradania się za plecami „strażnika”. To niewyobrażalne jak trzeba być czujnym.
Wracając do jednostki zawodowi żołnierze, niespodziewanie urządzili nam pokaz i krótki instruktarz sprzętu używanego przez snajperów w naszej armii. Każdy miał okazję poznać zasady jej działania. Przećwiczyliśmy też kilka „ciekawostek”, a chłopaki chętnie podzielili się wiedzą.
Nieuchronnie zbliżaliśmy się do końca kursu. Posłuchaliśmy jeszcze wykładów o historii Obrony Terytorialnej w naszym kraju i o broni masowego rażenia. Jej rodzajach, skutkach, sposobach zabezpieczania się itd..
Dzień przed egzaminem spakowaliśmy się, poskładaliśmy nasze łóżka i zapakowaliśmy do aut rzeczy już nie potrzebne. Polecono nam zabrać uposażenie i wszystko to co uważamy że jest nam potrzebne aby przetrwać 3 dni w lesie.
Zrobiło się poważnie……..
Odbył się jeszcze pożegnalny apel, na który przybył zastępca dowódcy jednostki. Obiecał iż na przyszłej unitarce będzie dostępny symulator „śnieżnik”. A i same zajęcia w jednostce będą systematycznie rozbudowywane.
Po kilku kilometrowym marszu dotarliśmy na miejsce ostatnich ćwiczeń. Plecy krzyczały… za co! Tam dopakowaliśmy się wodą i prowiantem na następny dzień. Jeszcze kawałek przez gęsty las i ćwiczenia z „umocnionych pozycji”. Gdzie ustawić najsilniejszą jednostkę ogniową, jak się okopać, jak zamaskować, co to pierwsza i druga linia, pkt zbiórki i jak oznaczyć dystans w kierunku prowadzenia ognia.
A więc, saperki w dłoń i podwójne okopy do pozycji stojącej. Humory dopisywały a o dodatkowe atrakcje dbał dowódca co jakiś czas wrzucając kopiącym świecę dymną do „dołka”. Alarm i sprawdzanie prawidłowej reakcji we właściwym czasie wszystkim … się podobało.
Na koniec zbiórka i postawiono rozkaz bojowy. Na mapie zaznaczono obszar do patrolowania wyznaczono cele oraz czas zadania i start. Zmęczeni liczyliśmy iż będzie okazja na zmianę pospać. Niestety pierwsza godzina to intensywne „spacery” i rozważania jak popsuć szyki przeciwnikowi. Wiedzieliśmy że będzie starał się podchodzić.
Czas na pierwszy patrol. Lekko kapie, taka chłodząco obmywająca mżawka. Wręcz przyjemna. Po chwili słonko. Naprawdę miło.
Za rozkazem wyznaczonego spośród nas dowódcy w odległości około 800m umieściliśmy lighsticka który miał za zadanie zmylić przeciwnika. Obszar do patrolu to głównie pole przeszyte nielicznymi drogami i licznymi transzejami i zasiekami. To napawało optymizmem gdyż wiedzieliśmy iż nie będą mieli łatwo.
Zrobiło się ciemno a mżawka zamieniła się w deszcz. Nasz gliniany dołek zrobił się nie przyjemny. Posiadłem dodatkową umiejętność rozpoznania właściwego stosunku wielkości poncho a szerokości i długości dołka. Tak tak… nasz był za szeroki.
Kolejne patrole. Kolejne zmiany na stanowiskach obserwacyjnych. Gdy nagle w odległości 800m na kierunku lighsticka błysk, huk… kilka błysków huków – to było duże. Co prawda nie widzieliśmy charakterystycznego grzyba, ale zmęczenie stres i wyobraźnia podziałały. Wiatr i deszcz przyniósł charakterystyczny zapach wystrzelonych fajerwerków. Prawie jak opad radioaktywny ?.
My byliśmy jednak zadowoleni, fortel się udał. Przeciwnik zdradził kierunek podejścia i nasza gotowość wzrosła do poziomu 100%.
Tylko ten deszcz….. w zasadzie taki turbo deszcz. W kilku następnych godzinach odbyło się jeszcze wiele pozorowanych podejść. Ataków z użyciem fajerwerków itd.. O spaniu nie było mowy. Na patrolach zużywaliśmy o 100% więcej energii niż w okopie. Który teraz wcale się nie wydawał takim złym miejscem ?
Tylko ten deszcz… turbo deszcz.
W głowie kołatała myśli… chłopie masz prawie 40 lat, wracaj do domu odpal Xboxa i z ciepłego fotela pokaż im jak się walczy.
Do rana było jeszcze klika zdarzeń, jak niespodziewany „medevac” czy skok pumy. Ale to już zostanie tylko w niezapomnianych przeżyciach uczestników. Zachęcając Was do zdobycia własnych.
….. i ten deszcz….
Rano zbiórka i wymarsz do wyznaczonego miejsca. Dobrze że przeżycia poprzedniej nocy trzymały nas duchu bo było … mokro. Na szczęście przestało lać. Podjąłem decyzję że nie jestem w stanie po takiej nocy, doszczętnie przemoczony, przystąpić do egzaminu. No przecież powinni już go nam darować. Szklanka wody w każdym bucie, śpiwór i bivbag …. żal pisać.
Na miejscu usłyszeliśmy że: no tak było ciężko, ale w sumie nikogo to nie obchodzi – zaczynamy egzamin. No jak! No tak!
Nawet moja ostatnia próba, pokazałem opuchnięte kolano (… i usłyszałem ojtam ojtam) nie podziałały. Najlepsze że nikt się nie wyłamał – więc i ja przecież tego nie zrobię.
No to start. Ruszamy w dwu osobowych zespołach. Pierwsze 2pkt ostro pod górę. Dało radę wysuszyć na sobie ubranie, ale nie buty. Na szczęście siatka foliowa na suchą skarpetę i w mokrego buta, zdawały egzamin. Przez pierwszych kilka godzin częste przerwy aby stopa „złapała oddech”. W połowie trasy pozbywam się siatki gdyż stopa zaczyna mięknąć. Na szczęście odwrotnie do mojej psychiki. Ta z każdym punktem kontrolnym ma się coraz lepiej. Dobrze rozumiem się ze swoim „badim”, kilometry uciekają. Na punktach kontrolnych czasem kartka z hasłem a czasem zadanie do wykonania. Opłacało się słuchać na wykładach. Ale mimo wszystko maszerując zabijamy czas powtarzając materiał. Pod koniec dnia przychodzi wyczerpanie. Rozprężenie które okazuje się zgubne. Zbijamy się w sześcioosobowy zespół. Szukamy punktu kontrolnego – wiemy że czeka nas zadanie. Więc nie ma opcji że ktoś zerwał kartkę i dlatego nie możemy jej znaleźć. Pięciu chłopa sprawdza pkt na mapie. Wszyscy zgodnie twierdzą że to tu. Robi się nerwowo.
Egzaminatorów brak, a nawet nawołując ich nic nie wskóraliśmy. W końcu mój badi odkrył błąd. Dali nam stare mapy. Wioska przez jaką szliśmy przez ostatnie 30 lat troszkę się zmieniła. Po kilku kilometrach starym nasypem kolejowym wszyscy mają dość.
Ale dotarliśmy! Zadanie rozpal ognisko w 5 min. które przetrwa test buta. Na szczęście to coś z mojego podwórka, po drodze nazbieraliśmy kory brzozy która okazała się zbawienna.
Szybko uwinęliśmy się z zadaniem i jazda dalej. Po drodze zasadzka i kolejny raz trzeba było glebować.
Na ostatnim punkcie wyznaczono nam miejsce do przenocowania. Kawałek lasu. Zapowiedziano iż w nocy będą nas poszukiwać przy użyciu noktowizji. Kogo złapią kończy egzamin. Ewentualnym ratunkiem ucieczka. Ale jak tu wtenczas spać? Rano mamy jeszcze zadanie do wykonania. Zakraść się do auta pilnowanego przez patrole strażników i odczytać hasło z przyklejonej na nim kartki.
Udało się, nie znaleźli. A w nocy nie padało więc w miarę wypoczęci.
Rano idę z kolegą na zwiad. Mokra wysoka trawa natychmiast przypomina mi „turbo deszcz”. Cały mokry czołgam się. Ciężka od deszczu trawa nie jest najlepszym kamuflażem. O mały włos…. patrol był może ze 4 metry od nas. W dogodnym momencie zrywka do ustalonej bazy. Jak się okazało też niefortunnie wybranej. Kolejny patrol tym razem jeszcze bliżej nas.
W końcu jest pomysł. „Posesja” i udaje się zakraść na 4 metry od auta to spokojnie pozwala cyknąć zdjęcie, ale nie od razu. Jak na złość akurat strażnicy siedzą w środku. Kolejna próba udana.
Zadanie wykonane, idziemy na miejsce docelowej zbiórki. W między czasie widać jak reszta chłopaków zdobywa hasło. Wręcz epickimi przedsięwzięciami.
Podsumowując. Całość szkolenia bardzo fajnie i profesjonalnie przygotowana. Należą się bardzo duże podziękowania dla osób które przygotowały i prowadziły zajęcia. Szczególnie dla Jacka dowódcy JS4018 min. za niesamowitą cierpliwość i Borysa który zostawia tam chyba kawałek własnego serca. Nie wspominając już jak wiele musisz chłopie poświęcić czasu kosztem prywatnego życia. Wszyscy to doceniamy!
Egzamin w połączeniu z poprzedzającą nocą był niezapomnianą przygodą i pouczającym doświadczeniem. Wiele razy miałem ciężkie sytuacje ale to było coś zupełnie innego. Jeśli do tego dodamy iż pożytecznie wykorzystaliśmy ten czas, mamy gotowy przepis na sukces.
Brawo!